ukryj menu          

Zakończenie

słowa: Wojtek Bellon
muzyka: Sylwek Szweda 01.02.1996 r.
„Gdy się znalazłem w kręgu piosenki turystycznej,
było mi wszystko jedno co się tam śpiewa, czy o górach,
 czy Dylana, czy Beatlesów - chodzi o to, żeby razem śpiewać,
 żeby być ze sobą przy tym śpiewaniu bo ono jest funkcją
 wspólnego bytowania.”
       C9                        F9

Oto droga przede mną karta

       C9                          F9

Nie spełniona opisem zdarzeń

       C9                        F9       

Oto kroki - tykanie zegara

      G13/9                      F9        C9    F9

Aż po czasu najdalszy kraniec

       C9                F9

Oto wola ziarno kiełkujące

       C9                       F9

Jakże wątło i jakże nieśpiesznie

       C9                      F9

Zasiane byle jak na łące

       G13/9                        F9         C9   

Olbrzymiego groźnego powietrza

 

        a                                 G

Błazen płacze  -  śmieje się błazen

        F                            C

Karuzela z twarzami w pędzie

        a                                   G

Barwny kram z wyborem przeznaczeń

                    F               Gis0       C

Przy strzelnicy gdzie celem szczęście

        a                                G

Błazen płacze  -  błazen się śmieje

       F                                         C

Zgiełk przy w łuk ustawionych stołach

        a                               G

Może dziś wiatr inaczej zawieje

             F      Gis0           ( C C* C9  d9 d7/11 d9* C C* C9  d9 )

Może jutro zamknie się koło

 

Ile pytań we mnie a ile

Pustych miejsc przy słowie odpowiedź

W ilu drogach zanurzyłem się w pyle

By i tak nie móc trafić ku sobie

Wiem co woda powietrze i ogień

Ale powiedz gdzie znajdę wytchnienie

Gwiazdo moja która mnie prowadź

Po bezkresnych nieba przestrzeniach

                          ( solo jak refren i refren ) 
C9 C9 F9 F9 <u>G13/9</u> G13/9 Gis0 Gis0 C* C* C9 C9 d9 d9 <u>d7/11</u> d7/11 d9* d9*
 
01.02.1996
U Pana Boga za Piecem - Zakończenie

      
Z początkiem maja przyroda wstaje z łóżka. On (Wojtek Bellon) zmarł z początkiem maja. I jest to aż nieprawdziwe. Maj był przecież Jego miesiącem. Był Jego wychodzeniem z zimy jak w wierszu Adasia, który Wojtek śpiewał. Otrzepywał się wtenczas niczym niedźwiedź, wyłaził z zadymionych studenckich klubów i piwniczek, i szukał po krakowskich błoniach i na plantach śladów swoich gór i w końcu jak po nitce ruszał w te góry albo gdzieś i przywoził stamtąd nowe przyjaźnie, nowe opowieści, nowe wiersze i piosenki. I wszędzie było Go pełno i był w paru miejscach na raz, jakby polska karlała pod nogami i Kraków dla Szczecina był ledwie drugą stroną ulicy. Ciągnęło Go do ludzi. Nie bał się ich. Był ich ciekaw, jak dziecko. I miał wielką, ogromną łatwość obcowania ze wszystkimi. Budził zaufanie. Nie potrafił przywdziewać masek. Prawdopodobnie to ta Jego uczciwość i niezłomna wiara w zasady, które kultywował, przyciągała ich do Niego, tak jak w tym rozedrganym świecie przyciąga wszystko, co nosi znamiona trwałości. Życie do najtrwalszych nie należy. To życie bardzo Go absorbowało. Chciał je przeżyć po wielokroć, jakby przewidywał, że będzie go miał niewiele. Musiał być tam gdzie się coś dzieje. Musiał w tym uczestniczyć. Musiał być światkiem i poruszycielem. Szukał. A dom? Dom był Jego tęsknotą. Miał być schroniskiem w górach, gdzie przyjaciele zawsze mogą rozprostować nogi i opowiedzieć o swoich wojażach. Szukam, szukania mi trzeba, domu gitarą i piórem. Tak śpiewał. Nikt bardziej niż On nie był daleki od blichtru tego świata, od jego zewnętrzności, od wszystkich lepów, błysków, mgnień i całej tej powierzchowności, która kusi, ale oddala od sedna spraw, od ich kośćca od tego, co bez żadnych aneksów i odniesień zawiera się w dekalogu. Nikt. Liryka Wojtka jest prosta i piękna, jakby wymknęła się górskim krajobrazom przenosząc w środek zagonionych nieprzytomnie miast, świerki, buki, cerkwie i potoki, to do czego On wracał jak do Mekki. Jego ludzie prawdziwi, albo stworzeni na podobieństwo Autora, wcale nie musieli wiedzieć, że samoloty nie wysiadują jajek, a przecież ich sprawy były wielkie, znaczące, pachniały chlebem i sianem. I nie znam takich co nie ulegliby tej liryki wzruszającemu urokowi, a jeśli są to niech mi nie wchodzą w drogę.
                                                                              Jan Wołek

          3 maja 1985 roku zmarł w Krakowie Wojtek Belon lider legendarnej Wolnej Grupy Bukowina, której ballady stały się znane zanim doczekały się prezentacji w mediach i na fonogramach. Do dziś są kultowymi pieśniami szlaku, śpiewanymi nie tylko przy ognisku, ale wszędzie tam gdzie pierwszą potrzebą staje się potrzeba bycia razem… W wywiadzie udzielonym Piotrowi Bakalowi na dwa tygodnie przed śmiercią Wojtek Belon powiedział: Ja nie lubię naklejek. W momencie, gdy się znalazłem w kręgu piosenki turystycznej było mi wszystko jedno co tam się śpiewa. Czy się śpiewa o górach, Dylana czy Beatlesów. Chodzi o to żeby razem śpiewać, żeby być ze sobą przy tym śpiewaniu. To śpiewanie jest funkcją wspólnego bytowania.
                                                                       Paweł Szeromski

          Fenomen Wojtka Belona Wiecznego Wędrowca Bożego polegał jeszcze na tym, że w każdym niemal mieście, a nawet miasteczku, miał kogoś z bliskich przyjaciół albo znajomych. Gdzie się tylko pojawił, zaraz jakby spod ziemi wyrastali wielbiciele jego mądrych pieśni. Zjednywał sobie swym śpiewaniem docentów, profesorów, stróżów nocnych, goprowców sam był jednym z nich przez dłuższy czas ludzi gór i nizin. Dla niego liczył się przede wszystkim człowiek wrażliwy, dlatego nikomu nie zaglądał w papiery. (…) 3 maja 1985 roku Wojtek Belon już nie żył. Zmarł w Krakowie mając zaledwie 33 lata. (…) Ale prawdziwy artysta nigdy nie odchodzi cały. Wojtkowi jak mało któremu twórcy udało się to, że jego pieśni, mimo iż rzadko prezentowano je w radiu czy telewizji, znane są szeroko i śpiewa je wielu ludzi. Ci najmłodsi wykonawcy Wojtkowych opowieści często już nawet nie bardzo wiedzą kto je napisał, zresztą nie tylko ci najmłodsi, bo wiele z tych pieśni zadomowiło się na zawsze, a śpiewający je nie zastanawiają się kto je tworzył. Ot, były zawsze. Jak zawsze był wiatr, deszcz, czy góry.
                                                                    Adam Ziemianin