ukryj menu          

Jestem jaki jestem

słowa: Irek Betlewicz 03.09.2002 r.
muzyka: Sylwek Szweda 04.09.2002 r.
„Twórczość to moja spowiedź, niechętnie ją oddaję.”
                                                                            Irek Betlewicz
       A9          A0          A 

Podaj mi swą dłoń

       fis              E      A    

wierny będę życiem

        D               A        fis      E  

mi nie trzeba morza słów

         D               A       E 

słucham serca biciem.

 

        C              F     C

Jestem jaki jestem

        a             G7        C  -  G7      

czas tu nie gra roli

        C              F       a G7     

mam miłości wiarę

        F           a         G7 - E7      

ją od pustki wolę.

 

   

Dość miłości mam

zbóż płomienny łan

bochen chleba to nam da

myśli będą syte.

 

   

Przyjdź mą prośbę znasz

sklejmy świty dnia

niebo będzie niczym dach

wieczysty życia bal.

 

A9 A9 A0 A0
 
04.09.2002
Ireneusz Betlewicz, poeta, artysta plastyk
Urodził się w 1954 roku w Ostródzie. Od dzieciństwa choruje na postępujący zanik mięśni. Twórczość poetycką i plastyczną prezentuje od lat osiemdziesiątych. Wydaje tomiki poetyckie, pisze felietony i zgłębia różne techniki malarskie, wystawia i prezentuje twórczość poetycką podczas wieczorów autorskich.
Tworzy kompozycje pełne ruchu i fantazji – umiejętnie operując nastrojem poszukuje nowych treści, burzy i buduje niepowtarzalne formy wyrazu. W miarę postępu choroby musi zrezygnować z malowania i rysowania rękami - tworzy trzymając narzędzia plastyczne ustami, obecnie skupia się na rysunku piórkiem.. 
Należy do Stowarzyszenia Artystów Polskich. Odznaczony odznaką „Zasłużony Działacz Kultury” przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Rzeczpospolitej Polskiej.
Do Światowego Związku Artystów Malujących Ustami i Nogami należy od 1992 roku.
Z Wydawnictwem „Amun” współpracuje od początku jego działalności - od roku 1993.

STRONA IRKA BETLEWICZA:
http://www.betlewicz.com/
 

Ireneusz Betlewicz
Autor: Jan Dąbkowski

"Rzeczywistość to za mało"

"Twórczość to moja spowiedź, niechętnie ją oddaję."
Już w dzieciństwie rozważałem wszystko od podstaw i nie potrafiłem szybko decydować – mówi Ireneusz Betlewicz, uśmiechając się. Wstydliwie czy zawadiacko?
Wspominam dziś ciepło o tym, mimo że nadal nie mogę sięgnąć krawędzi pucharu poznania – nazywam go rozmaicie, a prawdę jedyną, w „nienazywalnym” niebie, kiedyś pojmę, dziś podaną przez jedynie naskórkowo sczytywaną „ciszę”. Wciąż o tym piszę, maluję; nadal, i ciężej mi przychodzi po imieniu nazywać. Dziś pewna niemoc odbarwia mi włosy na głowie, a czuję, że są bycia jednoczesne – te jakieś niepojęte trwania; i tak mnie to pochłania, aż zamęcza, i wyrzuca, ponad granicę wytrzymałości.
(– Puls Cichego Słowa – Wrzesień...)
 

Poszukiwania
Ireneusz poznawał różne materie i techniki sztuki. Chciał znaleźć odpowiadające mu i wyrażające stan ducha. Także te, które umożliwią tworzenie. Próbował tkania gobelinów, rzeźbienia, projektowania wystroju wnętrz, akwareli. Teraz głównie rysuje piórkiem. Trzymając obsadkę w ustach, stawia tysiące punktów tworzących ludzi, zwierzęta lub drzewa. Gdy projekt jest w głowie, idzie szybko. Zwykle wizja powstaje dopiero z pojawiających się kropek. Narysowane przedmioty zazwyczaj mają kontakt z podłożem, czasem mocny jak korzenie dorodnego drzewa, czasem – wyrażony cieniutką linią. Często dążą do góry.
(...) szczytu sięgając
światłem biczowany
fruwam między upadkami
(fruwam między upadkami, 2005)
Niekiedy jego postacie, raz baśniowe i łagodne, innym razem jak z mrocznych opowieści, dźwigają miasta na nieproporcjonalnie dużej głowie czy pancerzu. Raz głowa oderwana od ciała i trzymana w rękach z przerażeniem patrzy z góry na ciało. Innym razem – w górę. – Na Opatrzność – wyjaśnia autor. Na część rysunków nakłada kolory. Woli niejasne obrazy, z których zaledwie wyłania się zamysł – nie ograniczają odbioru. Nie rezygnuje z wyraźnych. Za ich pośrednictwem chce dotrzeć do mniej dociekliwych odbiorców.
– W rysunku już znalazłem formę – podkreśla. W malarstwie olejnym jeszcze szuka techniki. Nie lubi malować realistycznie. Boi się kiczu, nieporadności i naiwności w tworzeniu. Wraca więc do już namalowanych prac. Jest wstrzemięźliwy w ich sprzedawaniu. – Twórczość to moja spowiedź, niechętnie ją oddaję.

Potrzeba twórczości
Wychował się z czwórką rodzeństwa w ostródzkim bloku. Choroba mięśni ujawniła się, gdy miał cztery lata. Rodzice nie traktowali go ulgowo. Tego samego wymaga od siebie i innych. W młodości poczuł potrzebę tworzenia i zaczął pisać wiersze. We wstępie do tomiku z 2005 roku pisał:
Korzystając z bieli kartki
przyzwolenia, przedstawiam garść zebranych [... ] obrazów, przeliterowania skrótów posuplonej codzienności.
(fruwam między upadkami, 2005)
Potem tkał, malował i rysował. Poznał Leopolda Buczkowskiego, pisarza i rzeźbiarza. – Zbudował moją siłę, wiarę, wyciągnął z prowincjonalnej małości  – mówi Ireneusz Betlewicz.

Same zmiany
W 1988 roku Ireneusz wziął ślub i przeprowadził się do Warszawy. Życie rodzinne i nowe otoczenie dostarczyły mu dodatkowej energii do pracy. Większość czasu był w domu sam, mógł spokojnie i intensywnie tworzyć. Czuł się swobodnie, był naturalny w malowaniu. Otworzył dom na gości. Często odbywały się u niego biesiady artystyczne. Dzięki kontaktom z innymi twórcami rozwijała się świadomość i wiedza artystyczna Ireneusza. Satysfakcja z wychowywania córki, rodzinne wyjazdy na wystawy i plenery wzmacniały go psychicznie. W 1999 roku zdobył nagrodę Przeglądu Małych Form Plastycznych w Wenecji, która była przepustką do wystaw w prestiżowych miejscach. Dla autora był to dowód na wartość jego sztuki. W tym samym roku wydał pierwszy tomik poezji, a w 2001 roku został Zasłużonym Działaczem Kultury. – W związku między ludźmi musi być ciągle odświeżane źródło, żeby on przetrwał – dzieli się refleksją.
Jeśli jest droga do nieba
to na niej jest z pewnością
kilka piekielnych zakrętów
(i wszystko nadzieją podparte, 1999)
Tak się złożyło, że Ireneusz Betlewicz musiał zorganizować sobie życie na nowo. Wrócił do Ostródy. Zmienił otoczenie towarzyszące mu przez kilkanaście lat. Przez chwilę jego twórczość napełniła się strachem i goryczą. – Malowałem, ściskając zęby – bardzo musiałem. To mi dano i to mi zostało – mówi. Na wystawy i wyjazdy jeździ z różnymi ludźmi. Bywa, że nie czuje się z tym komfortowo. Artysta twierdzi, że samodzielne życie nic specjalnego dla niego nie znaczy. Ale cieszy go, że potrafi wszystko przewidzieć i zaplanować. – Jest cicha satysfakcja, że daję radę żyć i tworzyć. Wydał kolejne dwa tomiki poezji. Od kilku lat pisze książkę poetycką. Dla niej szuka ostatecznej formy. Mimo że dobrze sobie radzi, wciąż ogląda się za swoim miejscem.
(...) przyznam się Panu, że czuję się coraz bardziej samotny. (...) Wydaje mi się, jakbym tu został zrzucony z kosmosu: jedynie wprzódy zapoznany z tym miejscem, jakby za pomocą slajdów. (...) Coraz bardziej odczuwam brak jakiegokolwiek powiązania emocjonalnego z tym miejscem – choć tyle wiem o nostalgicznym uczuciu więzi z miejscem urodzenia. Nic takiego nie czuję; czyżbym był odmieńcem pozbawionym duszy? (...)
(List do..., 2004)
Choć jest daleko od towarzyskiego życia artystycznego i odczuwa brak dynamicznego rozwoju, to stara się podtrzymywać kontakty. Mieszka w domku z ogrodem, w którym jest oczko wodne, bocianie figurki (przemalowane przez córkę) i świątek od znajomego, spaceruje między wiśnią i jabłonkami, z których lubi jeść owoce. – Jestem szczęśliwy, gdy zapomnę o kalkulacjach, spekulacjach, rzeczywistości. Gdy mogę wieczorami wejść w klimat i trans malowania, być wędrowcem poszukującym lądu. Chciałbym, żeby twórczość nie była tak wymagająca fizycznie. Miałbym więcej radości z aktu twórczego: być myślą, a nie myśleć o narzędziu.

Nagroda dla wędrowca
Rysując, malując i pisząc, stara się znaleźć czy zrozumieć, co jest najważniejsze. Wierzy w Opatrzność, choć mówi: – Nie odwalam pacierzy, modlę się sztuką. Ireneusza Betlewicza boli obłuda, prostota i płytkość, z jaką niektórzy ludzie odnoszą się do sztuki, religii, egzystencji czy zrozumienia sensu życia. Jak mówi, jego twórczość przyjmują ci pogodzeni z niedoskonałością życia i tymczasowością. Bardzo ceni współdociekanie, żarliwość szukania odpowiedzi na nurtujące pytania. Chętnie podejmuje z odbiorcami temat swojej sztuki i próby jej interpretacji. Jednak nie lubi ckliwości i skupiania się nad nim samym. Wie, że brak mu menedżerskich umiejętności. – Gdy ktoś usłyszy o rysunkach czy obrazach i chce sobie coś wybrać, zapraszam na wystawę. Ale gdy wybrzydza – nie będę zapraszał do domu, pokazywał wszystkich szuflad. Nie jestem cierpliwy: namalowałem – jestem rozgrzeszony.
Miał już dużo wystaw w Polsce i za granicą, ale życzyłby sobie zainteresowania ze strony najlepszych galerii z większych miast Polski, a cichym marzeniem są wystawy w Paryżu, Mediolanie, Rzymie lub Wenecji. – To byłby glejt, że jako twórca nie jestem niepełnosprawny. Byłaby to nagroda za wieloletnią dłubaninę – mówi. – Jednak marnie nie ginę, zginę twórczo, najlepiej podczas wędrówki – dam ostatni oddech na rzecz nowego oddechu – w innej rzeczywistości, tej bez ciała. Chyba sobie na to zasłużyłem.
Tekst pochodzi z książki pt. "Człowiek bez barier. Sylwetki laureatów Konkursu z lat 2003-2007", wydanej w 2007 r.

Tomik p.t.: "i wszystko nadzieją podparte" ( kilkadziesiąt strof)

Pękanie nadziei
Dziobią twarz
bure kolory
Odciski na palcach
poszczą
- opadając jak płatki
z kwiatu marzenia 
Płynie
szerokie spojrzenie nieba
Z dłoni wdzięk wycieka
karmi piasek
- plama schnie jak obłok
odpływa
Kim jesteś?
znam cię tylko
z imienia
      xxx
Rumieńcem
spłonął liść
drzewa ubyło
- jesienna kąpiel
i stoi bose
Za radość
olśnienia
wiatr zimny zamroczył
 Wielkość
za wielkość
przebudzenia
      xxx
Wieczorem
gdy lampa księżyca
wzrok przedłuża
cichnę
pokora i rzewność
powietrze nasyca
i pytam się lustra
czemu mrok mnie tuli
a dzień odpycha
 
Słońce
 i znowu mnie kusisz
i jak psiak skomleć zaczynam

Tkaczu złocisty
promiennym ramieniem
krótki horyzont
świtem rozciągasz
świergotem ptaków
oczy rozwierasz
        xxx
jak ślepiec czekam
jak noworodek płaczę 
Nadziejo nam razem
będzie raźniej 
nie bądź tylko
suchym
drogowskazem
Nadziejo
         xxx
Jeśli jest droga do nieba
to z pewnością
jest na niej
kilka piekielnych zakrętów
         xxx
Ciężarem  powiek
niemej skargi kolec
kroplą dziękczynienia
rozmyłem
Za noc ubraną
jak panna weselna
Za dzień porwany
świadomością
 
Rysunek
karta papieru
kraina bezkresnej bieli
kreski
punkty
biel jest naga
milczy
parzy
barwię światłem
szukam cienia
i tylko pytać mogę
końca nie ma
         xxx
Spojrzenie bose
rysuje drogę
Serce jest nagie
i moje
Mam buty
i strach zmieszany z ochotą
tylko się upić
Nie mogę!
- pije się we dwoje
         xxx
Mistrz powiedział:
śmierć jest jak łza słońca
zgubiona na łące
- w sieci wzroku
nie złapiesz zapachu ptaka
 
 

Wiersze ze zbioru "toczy się jabłko po trawie"
        xxx
wtulam się w żal
tęsknotą jak kołdrą przykrywam
idę na spacer
po serca ogrodzie
tam małe kamyki
przekornej nadziei
znajduję
błysną, zgasną
znów błysną
płonące w nich gwiazdki
zaświecą mi w oczy
gdy oślepną
        xxx
ustroję mosty
ból
miłość
przykucnęły na krańcach
blokując przejście
ubiorę
jak łąki wiatr ubiera
corocznie
aby strach ostygł
na kamień
Recepta 
Gdy plecy wygina cięciwa rozterki
a myśli jak głodne ptaki
skrzeczą na jesiennym niebie
Przeskocz horyzont
lasem zamknięty
i rzekę
- jej złudnie drzwi otwarte
kroplą życia
drążyć
niemy kosmosu kamień
             xxx
odsolić
morską wodę
wygładzić
fal tęsknotę
mogę
ale jak
wyszczerbić wiatru tęsknotę
        xxx
pod koroną słońca
pachnie morze
jak dziewczyna samotnie stojąca
i jak radość dzieci
gdy ze śmiechem przed falą uciekają
pachnie morze
pod księżyca złocistym lampionem ...
i jak samotność żagla
wśród fal miliona
i jak gorycz starej kotwicy
na ląd rzuconej
Tak słono
pachnie mono
             xxx
spacer w pustym ogrodzie
świetliste kamyki nad głową
cisza jak dzik buszuje
puls uszy zatyka
myśl o myśl się potyka
język suchy
przeszkadza oddychać
turla się ziemia
turla
z nikąd do nikąd
okruchem jestem
ona też kruszyną wśród gwiazd bezliku
o co tu pytać
            xxx
cierniste słowa
jak zbyt późna kolacja
szyba 
brzękiem wyciekła
na parapet sfrunęły gołębie
po okruch chleba
           xxx
ćwierkały ptaki
świergot liście trącił
drzewa
grymas gorzkich myśli
pożłobił twarz przechodnia
wzrok jak ich soczystość
parkiem szedł samotny człowiek
        xxx
nocą
wszystkie koty są szare
grzbiety, nogi i tak dalej
oczy
też mają podobne
do stali
gdy spacerując między krzesłami
sznurówki z butów wyciągają
koty przesypiają dni całe
mrucząc jak samowary
 I nie tęsknią za wielkim światem
               xxx
 zrozumieć jesiennego wiatru tęsknoty
czy muszę
wygładzić morskich fal grzywiaste galopy
czy muszę
wiem jak słona
jest morska woda
jestem wszędzie
kryształki lśnią na zmierzwionych włosach
wiatr gra koncert
tęsknota
tańczyć zaczyna
            xxx
gubiąc się w przestrzeni
rodzimy samotność
rozczochrani
jak poświąteczne serpentyny
nieme
ponawiamy pytania
krok za krokiem
codzienne sklejania
           xxx
miewam sny
śni mi się przyjaciel
rankiem
gdy kur pieje
czekam na list od niego
poczta wśród gwiazd jest rozrzucona
           xxx
jestem ślepcem
idę wśród wrzawy
jestem niemy
wokół świateł pulsowanie
gdyby tak dłonie odwrócić
grzbietem do trawy
wilgotną kroplę słońca
objąć
i nie bać marzyć
         xxx
sennym wzrokiem
trzymam się krawędzi wielkie wody
niebo w welon obłoków przybrane
wokół mnie syczą trawy
przez wiatr czesane 
Być rybą czy może ptakiem
usypia mnie to pytanie